Wycieczka do Pekinu
24-28 luty 1999
Andrzej Jankowski
andrzej.jankowski@cybercity.ch

Nie wiem czy jest rano, czy wieczór. W Zurychu jest godz.11.00, a w Pekinie godz.18.00...
Podróż zaczęła się już w dość ciekawy sposób na lotnisku w Zurychu gdy w poczekalni odlotowej rozmawiałem z Luśką po polsku, a obok siedziała para rozmawiająca po szwajcarsku. Nagle ta - jak mi się wydawało - Szwajcarka odezwała się do nas po polsku z pytaniem czy my też do Pekinu. Po kilku słowach okazało się, że kiedyś już się spotkaliśmy, że jadą też na trzy dni do Pekinu i stwierdziliśmy, że możemy się połączyć, to i taksówki będą tańsze. Tak więc było nas w sumie 5 osób: Magda i Simon z synem oraz Lusia i ja.
 

Chiny są piękne (właściwie mogę mówić tylko o Pekinie i okolicach). W każdym razie zobaczyłem coś, czego nie wyobrażałem sobie zobaczyć. Zaliczyłem w ciągu tych trzech dni: Światynię Nieba, Pałac Cesarski, Wielki Mur, Groby Cesarskie dynystii Ming, Zakazane Miasto i Ogród Letni. Do tego byłem na obiadach w typowych nie dla turystów, a dla Chińczyków restauracjach, zakupy na jarmarku, w ubogich uliczkach, kolacja w ...japońskiej restauracji (przynajmniej mogłem zamówić po japońsku), kręgle w nocy, mandat za palenie w zakazanym miejscu 10 Yuan ( 100 sFr = 557 Yuan), przejazdy taksówkami - prawie za darmo i 12 razy za drogo - bo mnie oszukał kierowca, który wypytywał po chińsku i gdy się dowiedział, że jestem z Polski bez przerwy powtarzał "Boniek, Boniek..." pokazując na migi że wspaniały, a skasował zamiast 12 to 140 Yuan (miał nie wyzerowany licznik po poprzednim kliencie).
 

Pełno mundurowych, którzy gdy się tylko zatrzymają, to stają na baczność pilując porządku. Plują i mundurowi i cywile na lewo i prawo. Światła na skrzyżowaniu to tylko dla picu. Jadą i na zielonym, bo wolno i na czerwonym bo... nie wolno. Samochody i chińskie i japońskie i Volvo i Volkswagen, a zobaczyłem 2 razy Fiata 125p i raz Poloneza. Na wszystkich oprócz nazwy firmy, nazwa marki po chińsku. Piesi muszą ustępować miejsca tym, którzy są silniejsi i cięźsi w samochodach. Rowery wszedzie, rowery osobowe, cieżarowe, z platformami, zbiornikami, siedzeniami z tyłu, małym przednim kołem, riksze... Pasażerowie rowerów w strojach roboczych i w garniturach, młodzi i starzy. Jezdnie mają w obu kierunkach po 3 pasy dla samochodów i tak samo szerokie pasy dla rowerów. Ludzie idą bez czucia. Stukniesz kogoś, prawie się wywali, albo zrobi piruet i idzie dalej nie zważając na przeproszenie, albo co się w ogóle stało. Portrety Mao Tse Tunga, albo obecnie rządzących w każdym miejscu, na każdej pamiątce, nawet na zapalniczkach (kupiłem taką płacąc po utargowaniu 5 Yuan zamiast rządanych 50), która po zapaleniu gra piosenkę ku chwale Mao.

 
Według słów przewodnika katolicyzm jest dozwolony i przegania Buddyzm, ale kościoła nie widziałem. Chinki nie są ładne, ale jak się ładna znajdzie, to oczy na wierzch wychodzą. W bocznych uliczkach sklepy dla pospólstwa, ceny niższe niż w innych. Restauracyjka, do której kuchni były otwarte drzwi i po zaglądnięciu do niej odechciało się jeść. Brud to normalka. Stroje kucharze mają jak w Europie, ale prane pewnie 5 lat temu minimum. Jedzą wszystko co pływa, a nie jest statkiem, co lata, a nie jest samolotem i co na ziemi, a nie jest czołgiem. W restauracji trochę lepszej kategorii obsługi więcej niż klientów. Na ulicach w różnych miejscach ustawione po 2 - 4 krzesła i fryzjerzy obsługiwali tam swoich klientów. Widok to przezabawny.

Zabytki wyciągały na wierzch oczy. Styl - ogolnie mowiac - chiński jest szokujący. Niestety wymaga to wszystko konserwacji. Jest strasznie zaniedbane, rozpadajace się, wszystkie kolory wyblakłe i szare. Czasami odmalowane, ale wyglada to jakby dzieci pomalowały podstawowymi, czasami nie pasującymi kolorami. Tynki poodpryskiwały, ale tak czy owak robi to wrażenie.
Pierwszego dnia, ze stratą 2 godzin przez opóźnienie startu z Zurychu z powodu niesamowitego zaśnieżenia lotniska, ruszyliśmy na zwiedzanie Pekinu.
 
Zaliczyliśmy Świątynię Niebios - okrągły budynek, który służył cesarzom do modłów o bogate zbiory. Jest to szereg zabudowań zajmujących 270 hektarów. Budowę rozpoczęto w roku 1420 i prowadzono przez panowania dynastii Ming i Qing. Główny budynek ma wysokość 38 metrów. Dalej podjechaliśmy na plac Tian'anmen z pomnikiem Mao i zabudowaniami ministerstw i rządu. Mnóstwo ludzi, policji, turystów i rowerów. Plac jest w tej chwili w renowacji. Na budynku Muzeum Rewolucji Ludowej zainstalowany zegar elektroniczny odliczający sekundy dokońca drugiego tysiąclecia. Na placu w zabudowaniach rządowych musztra dla policji. Nie wolno fotografować. Nagle wszystkich usuwają z terenu zabudowań rządowych. Policja staje na baczność w różnych kierunkach oczekując pojazdów z przedstawicielami rządu. Tłum ludzi. Odchodzimy szukając restauracji. Znajdujemy taksówkę. Tłumaczymy o co chodzi. Taksówkarz musi wycofać i rąbie w wóz policyjny. Na szczęście nic się nie stało, a policji w nim nie było, więc czym prędzej odjeżdżamy. Robimy kółko wokół placu i taksówkarz pokazuje nam restaurację, która znajduje się 100 metrów(!) od miejsca gdzie wsiadaliśmy. No cóż, trzeba czasem płacić frycowe.

Obrusy ze starej, powybrzuszanej ceraty. Wszyscy jedli to samo, ale z różnymi dodatkami. Na środku stołu stał garnek z piecykiem w środku na węgiel. Na talerzach podano różne warzywa, mięsa pokrojone i makaron, które trzeba włożyć do środka do gotowania i po kilku minutach wyjąć i jeść. Oczywiście pałeczkami. Gdy zapytaliśmy o ryż, to było zamieszanie, bo nie było do tego ryżu w restauracji, a poza tym kto by chodził do restauracji jeść ryż, jeśli je go 3 razy dziennie w domu... Piwo całkiem dobre i wino białe markowe - "Mur Chiński". Goście jedli i pluli kostkami na podłogę, a kelnerka obchodziła salę co chwila, sprzątając podłogę szeroką na metr miotłą. Gdy kelnerka dostała napiwek 10 Yuan, to nie chciała wziąść, gdy wciskaliśmy, to wzięła do ręki i zawołała inną koleżankę żeby jej dać, bo sama nie chciała, a i ta druga też się broniła.
Po kolacji spacerkiem po małych uliczkach trafiliśmy do kręglarni. Zabawa do drugiej w nocy. Potem do hotelu, żeby rano wstać do zwiedzania Muru. Taksówkarz zaoferował nam swoje usługi na następny dzień i po dogadaniu o cenę miał czekać o 9 rano przed hotelem. Nie spodziewaliśmy się, ale czekał. Ruszyliśmy na podbój Muru.Mur Chiński to najwiekszy grobowiec świata. Budowano go już 221 lat przed nasza era, a budowa trwała ok 1500 lat. Wszyscy, którzy przy jego budowie umarli są w nim pochowani. A przywożono tu do przymusowej roboty ludzi na minimum 3 lata. Mało kto wytrzymał ten okres. Rodzina się nigdy nie dowiadywała o śmierci. Była kiedyś zakochana para, która w końcu się pobrała i wieczorem przed nocą poślubną zabrano męża do budowy muru. Nie dawał żadnych wieści. Zmartwiona małżonka szukała i szukała. Nie mogąc znaleźć, zaczęła marnieć w oczach. Po kilku latach płacząc zmarła, a z jej łez powstała rzeka Jangcy.

 


Dostałem dyplom za zaliczenie najwyżej położonego miejsca na tym Wielkim Murze. Po drodze trzeba było unikać handlarzy, którzy wciskali wszystko co miało jakiś związek z Murem czy historią. Kupiłem tam sporo pocztówek, przewodnik i kilka srebrnych "starych" monet. Nie wierzę w ich autentyczność, ale jest na co popatrzeć. Oczywiście musiałem wejść na górę po niezliczonej ilości stopni o przenajróżniejszej wysokości i szerokości, a także po pochyłych chodnikach. Na zakrętach, albo co pewien odstęp znajdują się wieże, przez które się przechodzi równoległymi tunelami z połączeniami, a wejście na wieżę jest w tej kombinacji tuneli ukryte. Przed Murem, na wzgórzach z dobrą widocznością (ok.100-200m od Muru) są co jakiś kawałek (300-600m) ustawione wieże ostrzegawcze. Tam strażnicy obserwowali horyzont i gdy zauważali niebezpieczeństwo puszczali "wici", czyli do ognia wkładali łajno krowie, które dawało najwięcej dymu i w ciągu 2-3 godz. cała długość Muru (tj. ok 5000 km.) była zaalarmowana.

Po wejściu na góre i otrzymaniu dyplomu można było się cofnąć do wyjścia, albo kawałek dalej wsiąść do kolejki linowej na dół wzdłuż muru. Zjechaliśmy na dół podziwiając mur z zewnatrz. Na dole weszliśmy do knajpki z ceratami na stołach, żeby coś zjeść. Menu nie było tłumaczone, ale coś wybraliśmy. Oczywiście pałeczki, miseczki z ryżem, zupą, półmiseczki ze wspaniałymi daniami mięsnymi, ze ślimaków, z krewetek i kurczaków. Przyprawione różnymi dodatkami, nawet z panierowanymi orzechami laskowymi, ale na kostki i odpadki nie było miejsca. Kątem oka zobaczyliśmy, że ogryzki na stole obok wszyscy kładli (wypluwali) na ceratę. W każdym razie teraz zrozumieliśmy, dlaczego stoły były przykryte ceratami.

Przed restauracją były stragany z różnymi pamiątkami. Chcieliśmy kupić film do aparatu, ale był 3 razy droższy niż w Szwajcarii. Zapytaliśmy kelnerkę gdzie można kupić taki film taniej (oczywiście rozmowa na migi). Jedna z kelnerek wybiegła i za chwilę wróciła z kartonikiem z dwoma filmami. Zaczęły się targi. Dla nas za drogo, dla niej za tanio. W końcu mimo, że sprzedająca Chinka (bardziej wyglądająca na Mongołkę) wciąż nam wciskała te filmy z ceną na swoją korzyść po długim wachaniu zgodziła się na naszą cenę i kupiliśmy je trochę taniej niż w Szwajcarii, ale o wiele taniej niż 5 metrów dalej na stoisku. Za chwilę przybiegła z następnymi ofertami pamiątek z Muru Chińskiego. Ale jakoś się obroniliśmy. Po zjedzeniu musieliśmy podejść jeszcze ok. kilometr do czekającej naszej taksówki.
Po drodze stoiska z pamiątkami. Czapki, szaliki, paski, tależyki, symbole, kule do ćwiczenia dłoni, rzeźby z marmuru, granitu... Zobaczyłem śliczne smoki z czerwonego marmuru. Strasznie mi się podobały, a wszyscy sprzedawcy bez przerwy wyciągali do nas przedmioty na sprzedaż wołając do ich kupna. Oglądnąłem tego smoka i prawie nie mogłem go odłożyć, bo jedną ręką sprzedawczyni trzymała moją rękę ze smokiem, a drugą ręką pokazywała, że mam zapłacić i próbowała się targować. W końcu zrozumiała, że dla mnie to za duży smok i odeszła. Przeszliśmy już ok. 500m od tego kiosku, gdy ta sama sprzedawczyni mnie dopadła z miniaturką tego smoka wielkości madarynki. Co było robić, tak nalegała, że w końcu kupiłem za symboliczną opłatą. Tak czy inaczej zakupu ja nie żałuję, a i ona nie żałuje sprzedaży. Kawałek dalej weszliśmy do państwowego sklepu z pamiątkami, biżuterią, ludowizną, dywanami itp. Spodobał mi się instrument muzyczny ze smyczkiem, którego włosie było między dwoma strunami, a pudło akustyczne w formie walca. Zaraz mieliśmy koncert, aby tylko kupić. Koleżanka ostrzegła nas, że to sklep państwowy, to nie można się tu targować. Okazało się, że kawałek dalej przy innej ladzie były piękne lampy chińskie, a ich cena nie była zbyt wygórowana. Bardzo chciałem taką lampę kupić już dawno, bo taką samą dostałem na ślub od ciotki i brakowało mi jeszcze jednej, ale w Europie są zbyt drogie. No i zaczęły się targi. Zbiegło się troje ekspedientów. W końcu utargowałem 4 razy niżej ceny wywoławczej. Czyli zapłaciłem 50 Yuan. (Teraz ta lampa wisi u mnie na głównym miejscu w dużym pokoju.) W końcu doszliśmy do oczekującej nas taksówki. Kurs kierunek groby dynastii Ming.
 

Groby dynastii Ming (1421-1644) znajdują się w kilku oddzielnych parkach z zabudowaniami światynno-grobowymi. Parki okalające te zabudowania chronią od wiatru, zresztą już miejsce wśród gór było wybrane tak by był spokój nie zakłócany wiatrem. Jest tu kilka takich parków z grobowcami kolejnych rodzin cesarskich. Odwiedziliśmy pierwszy park z najlepiej zachownymi zabudowaniami. Groby znajdują się w piwnicy pięć pięter pod ziemią. Są tam sarkofagi duże i małe, w zależności od stanowiska danej osoby z rodziny cesarskiej. Jednocześnie jest muzeum ze strojami, koronami, medalami, monetami i ozdobami, a także przedmiotami codziennie używanymi przez cesarzy. Kawałek dalej wysiedliśmy z taksówki przy wejściu do parku Drogi Świętych. Po obu stronach rzeźby zwierząt. Słonie, konie, wielbłądy, psy, lwy, a także nigdy nie istniejące symboliczne bestie jak np Xiezhi, dostojnicy cesarscy, ministrowie w pełnych strojach państwowych. Godzina już była późna i byliśmy tam jedynymi wśród rzeźb. Na końcu aleji budynek z żółwiem, który na swej skorupie dźwiga kilkumetrowej długości kamień z zapisanymi tekstami zawierającymi 3500 słów zapisanymi przez cesarza Zhu Gaozhi (Renzhong) w 1453 roku.
Powrót do miasta, spacer ulicami, odwiedziny w centrum handlowym. Ceny wyższe niż w Zurychu, ale i tu trzeba się targować. Rano przed wyjazdem do zakazanego miasta jarmark. Można kupić wszystko. Jakość prawie jak oryginały ale ceny dużo niższe (oczywiście po utargowaniu). Podchodzą sprzedawcy CD i CD-ROM-ów. Oferty takie, że oczy na wierzch wychodzą. Windowsy 2000 (!!!) Office do W2000 - to programy, które jeszcze nie istnieją, a już są w sprzedaży. Niestety dwóch mundurowych przglądało mi się i bałem się kupić. Opieprzyłem więc oferujących mi te dyski, że robią to na oczach glin i miałem święty spokój. Kawałek dalej kupiłem zegarki markowe Omega Swiss made za 100 i za 80 Yuan po parze. Dodatkowo za 20 Yuan zegarek, który chciałem dać Lusi, a jej się nie podobał. Gdy go zobaczyła na wystawie sklepu w Wiedniu na lotnisku z ceną ok 30000 Szylingów, to zaraz chciała go dostać.
 

Za chwilę wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Zakazanego Miasta. Tu oczy wyszły na wierzch. Zabudowania, które były zamieszkałe przez rodziny cesarskie w latach 1406 - 1911 przez dynastie Ming i Qing(1644-1911). Od roku 1950 zabudowania są dostępne dla publiczności ukazując ok. miliona wartościowych obiektów. Powierzchnia terenu zabudowy 72 ha, a budynki mają łącznej powierzchni 160000 metrów kwadratowych. Przejścia przez budynki do następnych podobnych, a zupełnie innych placów i zabudowań. Miejsca dla dostojników do spotkań, do prywatnych zajęć i służbowych, do wypoczynku, snu i zabawy. Wykończenie wnętrz zaskakujące stylem i kolorystyką. Bariery z kamienia, schody wyłożone bambusem, rzeźby, herby na dachówkach, zwieńczenia dachów z symbolami chroniącymi przed ogniem i wodą. Zegary słoneczne, kotły do gotowania, do zbierania wody, kadzielnice, trony, łóżka, siedzenia. Sufity z kasetonami wypełnionymi złotymi smokami... To trzeba zobaczyć. Ogród, gdzie każde drzewo przyciąga wzrok.

Został nam do zwiedzenia Pałac Letni. 10 kilometrów na północny wschód od Pekinu. Przejechaliśmy tam taksówką, która czekała na nas przed Zakazanym Miastem. Przepiękna zabudowa, mały pałacyk na jakby z lanego zastygłego gipsu skałach ok 20 m. wysokich. Jezioro otoczone zabudowaniami tak pięknymi i tak odległymi, a nam trzeba już wracać do miasta. Na ósmą mamy zarezerwowany stolik w japońskiej restauracji. Chcemy jednak przejść się po uliczkach ze sklepami dla normalnych chińczyków. Dzieci zostały godzinę w hotelu same, a my poszliśmy zobaczyć co oni kupują. Jednak nie należały te zakupy do przyjemności ze względu na warunki sanitarne, ale były czymś co warto przeżyć, bo nie wiadomo czy jeszcze coś takiego się zobaczy.

Tak jak już wcześniej pisałem bród, dziury ruiny baraków mieszkalnych, w których mieszkają ludzie. Małe sklepiki z przenajróżniejszymi towarami. Nawet znaleźliśmy sklep w stylu "coop", gdzie można było kupić zakonserwowane mięso z węży w jakimś płynie. Wyglądały jak żywe, w całości, tylko że były wypatroszone wdłuż całego ciała. Stoisko z mięsem to różne części jakiegoś rzeźnego zwierza, leżące na desce jak tablica, nie zaznaczone co jest co i po ile. Za tym siedział znudzony brakiem klientów rzeźnik. Przy wyjściu można było kupić pierogi do gotowania z różnego rodzaju nadzieniem.
Dochodzi ósma, pędzimy po dzieci i do japońskiej restauracji. Jedzenie i podsumowywanie wycieczki. Stwierdziłem, że dotychczas nie przeżyłem tak wspaniałego wypadu. W ciągu trzech dni widziałem tyle, że niejeden nie widział przez całe życie. To był najwspanialszy wypad. Rano o 6 pobudka, śniadanie, taksówka, lotnisko, samolot i Zürich. Ja tam byłem, ryż jadłem i herbatę piłem i wszystko było prawdziwe...
 

Kliknij tu, a zobaczysz krótki przewodnik po Pekinie