Tokyo 21 stycznia2005

Z cyklu Chryzantema i Krzyz:

Dyskusje wokół miejsca i przyszłości szintoizmu w społeczeństwie


      Od pewnego czasu toczy się w Japonii dyskusja na temat narodowej religii czy raczej filozofii tego kraju - szintoizmu. Cała seria artykułów i wywiadów, analizujących miejsce "starej jak Japonia" religii we współczesnym szybko zmieniającym się społeczeństwie tego kraju, ukazała się ostatnio na łamach dziennika "The Japan Times". Postawiono tam m.in. pytania: czy Japończyk od urodzenia jest szintoistą i czy musi nim być? Jakie jest miejsce szintoizmu w powojennym zeświecczonym społeczeństwie Japonii?

 W jednym z ostatnich numerów gazeta zamieściła ciekawy wywiad z Takashizu Saito, jednym z 21 tys. kapłanów (kannushi) tej religii, pracującym w jednej ze świątyń. Jest on rzecznikiem Związku Świątyń Szinto z siedzibą w Tokio.

Powiedział on, że "z dziada pradziada należy do rodziny kapłańskiej, której korzenie sięgają jeszcze czasów feudalnych". Po ukończeniu uniwersytetu pracował przez jakiś czas w wielkiej firmie, którą jednak porzucił, gdyż potrzebował czegoś bardziej duchowego. Po rocznych studiach nad duchowością szintoizmu w dawnej stolicy kraju - Narze został kapłanem.

 "Podobnie jak wielu innych kannushi zastanawiam się, czy w ogóle można nazywać szinto religią, jako że w odróżnieniu od wielkich religii światowych nie mamy ani założyciela, ani świętych pism w rodzaju Biblii czy Koranu" - mówi Saito. Przypomina, że szintoizm zakłada istnienie wielu bogów i bogiń, których liczbę szacuje się na ok. 8 milionów, począwszy od Omikami - bogini słońca, a kończąc na Konohana - bogini świętej góry Fudżi. "Poza tym czcimy też naszych przodków i wraz z nimi składamy hołd Naturze" - dodał kapłan.

Kult szinto opiera się na folklorze i podaniach, z których najbardziej znane są opisy pochodzenia japońskiej rodziny cesarskiej od bogini słońca. Zwrócenie się do bogów i zarazem odrzucenie zła należy do podstawy naszych wierzeń - tłumaczył dalej rozmówca dziennika. Podkreślił, że kapłani na ogół nie głoszą kazań i nie ma nabożeństw niedzielnych.

 Jednocześnie szinto opiera się na silnych więzach społecznych, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Najważniejsze uroczystości świątynne, czyli festiwale, odbywające się w święto Nowego Roku, przyciągają rokrocznie miliony uczestników. 80 000 świątyń - choć nie we wszystkich rezydują kapłani - służą mieszkańcom z danej miejscowości czy dzielnicy jako miejsca spotkań. Dzieci często wykorzystują też przedświątynne place jako miejsca dla zabaw. "Dlatego też shintoizm jest czymś w rodzaju narodowo-społecznego fundamentu dla wielu Japończyków" - stwierdził Saito.

 Dziś jednak szintoizm odgrywa mniejszą niż kiedykolwiek wcześniej rolę w życiu Japończyków. Według kapłana "słabną więzy w społecznościach, które do tej pory utrzymywały świątynie", a młodzież, jeśli przychodzi na festiwale świątynne, to bynajmniej nie z pobudek religijnych. Co roku maleje też liczba ołtarzy domowych w japońskich rodzinach. Ludzie nadal wprawdzie tłumnie odwiedzają święte miejsca tej religii, z których za najświętsze uchodzi wewnętrzny dziedziniec świątyni Ise w prefekturze Mie (w środkowej części kraju), ale widok nawet tysięcy ludzi pospiesznie przybywających codziennie do Ise i po krótkim czasie opuszczających to miejsce, spiesząc do następnej atrakcji turystycznej, może kojarzyć się raczej z wycieczkami krajoznawczymi niż z pobożnymi pielgrzymkami.

 Zdaniem T.Saito, główną przyczyną tych przeobrażeń kulturowo-religijnych jest zapewne zmiana statusu cesarza w społeczeństwie japońskim. Cesarz, którego do zakończenia II wojny światowej uważano za "żyjącego boga", po wojnie oznajmił publicznie, że bogiem nie jest. Z kolei nowa konstytucja, napisana pod nadzorem okupacyjnych władz amerykańskich, oddzieliła wiarę od spraw państwowych i zapewniła wolność wyznawania różnych religii.

 Pomimo tych dramatycznych zmian szintoizm nadal pozostaje głęboko związany z rodziną cesarską i wszystkim, co jej dotyczy. Osobisty kapłan cesarza Akihito odprawia w trzech świątyniach nieopodal Pałacu Cesarskiego różne nabożeństwa i starożytne obrzędy z okazji narodzin, ślubów, pogrzebów itp. W pobliżu Pałacu znajduje się świątynia Yasukuni, w której od końca XIX w. czci się poległych w różnych wojnach żołnierzy. W 1978 r. uczczono tam kilkunastu zbrodniarzy wojennych, wśród nich premiera z czasów II wojny światowej, generała Hideki Tojo i pięciu innych polityków i wojskowych, powieszonych w 1948 r. na mocy wyroku Trybunału Tokijskiego. Dla wielu ludzi, zwłaszcza mieszkańców krajów azjatyckich, które ucierpiały z rąk Japończyków przed i w czasie II wojny światowej, Yasukuni jest symbolem japońskiego militaryzmu.

 Przeciwko oficjalnym wizytom szefów rządów japońskich w tej świątyni protestują jednak nie tylko obcokrajowcy. Jednym z przeciwników Yasukuni jest protestant Tadashi Mizuguchi, którego brat leży wśród 2,5 mln poległych i czczonych tam żołnierzy. "Razem walczyliśmy na wojnie. Dzięki łasce Bożej ja przeżyłem. Mój brat zginął na Tajwanie. Jako chrześcijanin uważam i wierzę, że istnieje tylko jeden Bóg. Jak więc ktoś może uważać mojego brata za boga?" - pyta retorycznie Tadashi. Pyta też, czy Japończycy przez sam fakt swych narodzin muszą być wyznawcami szintoizmu. "Wydaje mi się, że ktoś próbuje wykorzystać do swoich celów nawet mojego zmarłego brata" - dodał.

 W toczącej się obecnie ogólnonarodowej debacie na temat roli Yasukuni profesor Akihiko Tanaka z Uniwersytetu Tokijskiego i członek rządowej komisji doradczej, uważa, że powinien stanąć nowy "świecki" (nie związany z szintoizmem) pomnik ofiar wojny. Do chwili jego powstania odradza on premierowi wizyty w tej świątyni. Z drugiej strony Tadaki Hattori ze Związku Świątyń Szintoistycznych uważa, że "jeśli dusza zmarłych jest czczona w pewnym określonym miejscu, to nie powinno się jej oddzielać od tego miejsca".

 W życiu niektórych młodych Japończyków szintoizm odgrywa nadal ważną rolę religijną. Akie Ishigoro i jej mąż Tadashii chodzą do pobliskiej świątyni, wrzucają pieniądze do skarbonki, uderzają w dzwon, składają ręce i modlą się, podobnie jak miliony innych w kraju. Gdy Akie była w ciąży z pierwszym dzieckiem, udała się do świątyni Suitengu, aby pomodlić się o szczęśliwy poród. "Tego rodzaju modlitwa stanowi naszą tradycję. Nikt nie może udowodnić, że nie odegrała ona żadnej roli przy szczęśliwym porodzie mojego dziecka. Dlatego uważam, że warto próbować się modlić" - mówi szczęśliwa mama.

 

o.Paweł Janociński OP