"Mama Kalkuta" o działalności i problemach woluntariuszy w Indiach

Emiko Dhar - opiekunka japońskich wolontariuszy, najliczniejszej grupy narodowościowej wśród obcokrajowców działających w hospicjach Matki Teresy w Kalkucie i z tej racji nazywana przez nich "Mama Kalkuta", odbyła podroż po swojej ojczyźnie przemawiając w wielu szkołach i uniwersytetach. Spotykając się z młodymi ludzkimi mówiła o swojej ponad 30-letniej działalności wolontariuszki. Poruszyła też problemy ponad 1500 Japończyków, którzy każdego roku przewijają się przez jej dom położony niedaleko Nirmal Hriday, hospicjum założonego w Kalkucie przez Matkę Teresę.

69-letnia Emiko Dhar jest żoną pochodzącego z Kalkuty inżyniera. Od samego początku swojego pobytu w tym mieście zaangażowała się w pomoc chorym i umierającym. Najpierw jej praca polegała na sortowaniu lekarstw, które napływały z całego świata do klasztoru sióstr Misjonarek Miłości. Wykonywała to zajęcie raz w tygodniu, razem z grupą Japonek, żon biznesmenów. Jednakże działalność ta nie była dla niej satysfakcjonująca. Przez trzy dni wahała się, czy wejść za bramy hospicjum Matki Teresy, czy nie. Odpychał ją m.in. zapach ludzkich ekskrementów. Czwartego dnia, gdy już tam weszła, sprawy potoczyły się szybko. Ponieważ "Nirmal Hriday "może przyjąć tylko 115 pacjentów, zawsze trzeba szukać innych pomieszczeń dla potrzebujących. Po kilku dniach, gdy pod jej własnym domem pojawiło się kilku ciężko chorych, nie wahała się przyjąć ich do siebie.

Częste przebywanie z chorymi i umierającymi powodowało, że niektórzy ze Japończycy, znani z wysokiej higieny i estetyki odwracali się od niej z powodu przykrego zapachu jej domu. Z drugiej strony studenci japońskich uniwersytetów, którzy ostatnio coraz liczniej zaczęli napływać do Kalkuty, zaczęli się do niej zwracać z prośbą o pomoc w znalezieniu zakwaterowania. W odpowiedzi na ten problem, w 1993 r. Dhar zdecydowała się zmienić swój dom na "dom gościnny dla przybyszów z Japonii". Jedną z przyczyn tak licznych odwiedzin Kalkuty przez japońskich studentów jest przyznawanie przez niektóre uczelnie punktów za "działalność woluntariusza za granicą". Zdarza się jednak, stwierdza z bólem Dhar, że ktoś otrzymawszy zaświadczenie o pobycie u sióstr Misjonarek Miłości "po prostu potem znika". W skrajnych przypadkach ci młodzi ludzie odnajdywani są w "raju dla narkomanów", za które uważa się takie indyjskie miasta jak Bodhgaya, Varanasi, Jaipur, Agra, Dehli i właśnie Kalkuta. Wówczas "Mama Kalkuta" wyjeżdża, aby ich ratować. Znajduje ich na ogół w spelunkach, do których nigdy nie dojadą samochody japońskich konsulatów. "Gdy dotrę wreszcie tam, wywracam stół, przy którym siedzą, co jest miejscowym zwyczajem na okazanie swojego gniewu, wylewam na nich kubeł zimnej wody, policzkuję i wysyłam do konsulatów" - mówi Dhar i dodaje, że spotkała się z przypadkami śmierci na skutek przedawkowania narkotyków przez studentów. "Najsmutniejszą rzeczą jest poinformować o tym rodzinę w Japonii" - podkreśla.

Zwracając uwagę na specyfikę pracy woluntariuszy Dhar podkreśla, że "hospicjum nie jest szpitalem, ale miejscem pogodnego odejścia z tego świata". "W hospicjum jest wiele zajęć, które właśnie mogą wykonywać woluntariusze, takich jak mycie naczyń, pranie ubrań, pomoc pacjentom w kąpieli i przy przebieraniu się. Najważniejsze jest jednak poświecenie uwagi pacjentom, czyli uważne słuchanie tego, o czym mówią, a to dlatego, że siostry, zbyt zajęte swoimi pracami, nie są w stanie odpowiadać na wszystkie prośby, a nawet płacz pacjentów. Wolontariat, według Dhar, jest ciężką pracą wykonywaną w warunkach daleko odbiegających od standardów obowiązujących w Japonii. Wykonując ją można się zarazić np. gruźlicą i malarią.

Mówiąc o jasnej stronie tej pracy zauważa, że "dobrym owocem wolontariatu jest jakaś łaska, która spływa na każdego woluntariusza". "Dzięki ich pomocy twarze umierających ludzi, którzy przez całe życie żebrali na ulicach i stacjach kolejowych i cierpieli, stają się piękne w chwili przejścia do wieczności. Mając je przed oczami, otrzymujemy jakiś dar" - powiedziała Dhar.

Pytana, co skłoniło ją do podjęcia działalności wolontariuszki, "Mama Kalkuta" cofa się pamięcią do swojego dzieciństwa w Moji niedaleko Fukuoka na wyspie Kyusiu, jeszcze przed wojną, kiedy to do jej umierającej matki przyszło kilka wolontariuszek z chęcią pomocy. Mała dziewięcioletnia dziewczynka widziała następnie zniekształcone ciało swojego ojca, który zwolniony z armii, przypadkowo znalazł się na obszarze dotkniętym wybuchem bomby atomowej w Hiroszimie, 5 sierpnia 1945 r. Widziała wówczas całe piekło towarzyszące wybuchowi. Konsekwencją przebywania w skażonej strefie było to, że nie mogła później urodzić dzieci. W wyniku tych doświadczeń postanowiła pomagać przez całe życie chorym i cierpiącym. Po wyjściu za mąż za Hindusa, w Kalkucie, właśnie to miasto stało się miejscem jej działalności.

Pytana o związki Indii z Japonią odpowiedziała: "Mój mąż Sabitava, gdy oświadczał mi się powiedział "czy nie zechciałabym zamieszkać w kraju, w którym urodził się Budda? Myślałam wówczas, że Indie muszą być jednym z najpiękniejszych krajów na świecie. Zamiast tego, widziałam rzesze żebraków na lotnisku. Polubiłam jednak ten kraj i pracę wśród najuboższych. W tym społeczeństwie nie lubię przemądrzałych intelektualistów. Podziwiam za to lekarzy oraz inżynierów-informatyków, za ich wiedzę i kompetencje. W nich leży przyszłość Indii i oby ich było jak najwięcej".

Dhar z żalem mówi, że wielu wykształconych Hindusów nie może znaleźć pracy. Na przykład młody absolwent uniwersytetu ląduje na ulicy, pisząc na maszynie podania dla analfabetów. To są obrazki, które nadal szokują w Indiach. "Mama Kalkuta" wyraziła nadzieję, że może ostatnia wizyta premiera Japonii Junichiro Koizumi w kwietniu b.r. w Indiach przyniesie zacieśnienie kontaktów pomiędzy obu krajami.

o.Pawel Janociński OP