20.12.2009
Japonia:
włoski salezjanin o swoich 70. latach pracy misjonarza
Wspomnienia 97-letniego ks. Clodoveo Tassinari, który jako misjonarz pracuje w Japonii już od ponad 70 lat zamieszcza w najnowszym wydaniu katolicki tygodnik "Katorikku Shinbun" w rubryce "Rok Kapłański”. Włoski misjonarz z zakonu salezjanów i świadek historii japońskiego Kościoła opowiada m. in. o pobycie kleryków salezjańskich w czasie II wojny światowej w prefekturze Nagano, niedaleko jeziora Nojiroko. Działał tam wówczas jako zaopatrzeniowiec ks. Michał Moskwa, nestor polskich misjonarzy w Japonii.
Ks. Tassinari wspomina, że przybył do Nagaski w Japonii statkiem z grupą misjonarzy w 1930 r., na rok przed przybyciem tam św. Maksymiliana Kolbego. Został zaproszony przez działającego w Japonii od 1926 r. ks. Vincenzo Cimattiego (1879-1965), o którego beatyfikacje zabiega japoński Kościół. Ks. Cimatti znany jest wszystkim katolikom w Japonii m. in. jako autor kilku tomów wspomnień oraz kompozytor i autor wielu pieśni maryjnych.
„Byłem tuż po ślubach zakonnych i najpierw skierowano mnie na naukę języka i studia filozofii do Miyazaki na wysypie Kiusu. Dlatego też do dziś ludzie zauważają w mojej wymowie charakterystyczne zwroty i akcenty właściwe dla mieszkańców tamtego regionu. Warunki życia były bardziej niż skromne. Spaliśmy np. po sześciu w małych pokoikach. Tymczasem wybuchła wojna i nasz przełożony zadecydował, że ze względu na bezpieczeństwo, coraz liczniejsze bombardowania, mamy udać się do salezjańskiego domu w okolice jeziora Nojiriko w Nagano. Spędziliśmy tam 3 lata” – wspomina włoski misjonarz
Po wojnie przybył ze swoimi współbraćmi do Tokio, aby zgodnie z zakonnym charyzmatem zająć się setkami dzieci - sierot, których rodzice zginęli w czasie bombardowań. „Te `błąkające się dzieci`, jak je wówczas nazywano, koczowały głównie w okolicach stacji Ueno. Gdy raz znalazłem ciała dwojga dzieci, które zmarły tam z głodu, szala się przeważyła i zdecydowałem się na działania w kierunku utworzenia jakiegoś internatu i szkoły dla tych dzieci. Zaczęły się starania w urzędach, które zaowocowały przyznaniem nam na ten cel budynków dawnej fabryki. A związane z tym fundusze zbierało się różnie. Raz pamiętam przyszedł do mnie pewien oficer armii amerykańskiej i zapytał, czy nie podjąłbym się ostrzyżenia go za wynagrodzeniem... 500 dolarów. Oczywiście zgodziłem się skwapliwie i do dziś pamiętam z jak wielkim pietyzmem strzygłem jego brodę. Tak zaczęła się w 1947 r. budowa szkoły „Salesio Gakuen”, która potem rozrosła się i do dziś przyucza młodzież m. in. do zwodów technicznych” - wspomina 97- letni ks. Tassinari.
Podobnie jak ks. Cimatti i wielu innych salezjanów obecnych w Japonii kapłan interesuje się sztuką, a konkretnie teatrem. Z tej racji organizował dla studentów, nie tylko w Japonii, ale także w Hongkongu inscenizacje sztuk teatralnych związanych z historią japońskich męczenników z XVII w.
Ostatnio ks. Tassinari, po kilkuletnim pobycie we Włoszech przebywa w Beppu na wyspie Kiusiu, gdzie pracuje także kilku polskich salezjanów. Na różnych spotkaniach, zgodnie z japońskim zwyczajem proszony bywa jako senior o wygłoszenie tzw. „jednego słowa". Zazwyczaj w jej podsumowaniu wzywa: „Śpiewajmy Panu zawsze i energicznie –allegro”.
o. Paweł Janociński (AKAI Tokio)