listopad 2007                                                                                              wersja do druku

Rozmowa z o. Pawłem Janocińskim:
„Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci....”

autorka: Ewa Odagiri

 

Ewa Odagiri: Polonia gromadząca sie na mszach św. w tokijskim kościele w Yotsuya dobrze Ojca zna. Także czytelnicy Gazety Polskiej znają Ojca jako autora interesujących artykułów o tematyce chrześcijańskiej, ktore zamieszczamy w rubryce „Chryzantema i Krzyż”. Od kiedy działa Ojciec w Japonii?

Paweł Janociński: W Japonii jestem już od 30 lat, od listopada 1977 roku. Po 2.5 latach nauki języka japońskiego zostałem skierowany przez naszych przełożonych do parafii w Pref. Fukushima, ok. 300 km na północ od Tokio. Tam działałem duszpastersko wraz z misjonarzami z Kanady, w parafiach Fukushima Matsuki-chō, Nihonmatsu i Koriyama. Od mniej więcej 15 lat pracują tam polscy dominikanie.

E.O.: Ojciec należy do Zgromadzenia Dominikanów. Przenieśmy się może do wspomnień z Polski, żeby dotrzeć do początków powołania zakonnego oraz misji w kraju tak dalekim jak Japonia. Skąd Ojciec pochodzi?

P.J.: Pochodzę z Gdańska-Wrzeszcza, która to dzielnica w przeciwieństwie do Starówki była mniej zburzona w końcowej fazie zdobywania miasta przez Armię Czerwoną w roku 1945. Dlatego zachowała się większość budynków, było też trochę mieszkańców pochodzenia niemieckiego. Moi rodzice wraz ze mną i młodszą siostrą Izą mieszkali w poniemieckim bloku, oddalonym o ok. 300 m. od istniejącego także dziś domu, w którym urodził się w 1927 roku Gunter Grass, niemiecko-kaszubski laureat literackiej Nagrody Nobla w roku 1999. W naszym mieszkaniu, za szufladami lub  na strychu przypadkowo znajdowało się ślady bytności poprzednich właścicieli. Szczególnie niezapomniane było odkrycie zdjęć wspaniałych fotografii młodych chłopaków w miom wieku ubranych w uniformy nazistowskiej organizacji młodzieżowej Hitlerjungen.

E.O.: Czy rodzice byli rodowitymi gdańszczaninami?

P.J.: Nie. Moi rodzice, podobnie jak większość mieszkańców miasta, po wojnie przywędrowali do Gdańska z daleka. Mama przybyła z Wilna  a ojciec z województwa lubelskiego.

E.O.: Jaka atmosfera panowała w domu rodzinnym?

P.J.: Mama urodziła się na Syberii w polsko-litewskiej rodzinie o tradycjach narodowo-niepodległościowych, jej brat, por. Leonard Korowajczyk zginął w Katyniu. Mama wpajała nam zawsze umiłwanie do poszukiwania prawdy. Dotyczyło to spraw związanych z historią i kulturą naszego narodu, m. in. zakłamania wobec tragedii zbrodnii katyńskiej oraz historii Kościoła. Mama miała zawsze odwagę cywilną, żeby powiedzieć, to, co myśli. Pisywała do „Dziennika Bałtyckiego” listy krytykujące różne nadużycia socjalistycznej władzy, które ukazywały się w rubryce „Listy od czytelników”. W tym kontekście dodam, że „Prawda” stanowi motto Zakonu Dominikańskiego, który później wybrałem. Natomiast ojciec przywędrował z województwa lubelskiego, skąd uciekał przed wyrokiem śmierci za udział w A.K., połączony z oporem wobec nowej władzy. Wówczas w Gdańsku nie było jeszcze tyle milicji i agentów UB, jak w centralnej i wschodniej części kraju. W dodatku potrzebowano rąk do pracy, aby uruchomić m. in. port w Gdyni, w którym ojciec później miał pracować przez całe swoje życie. Możliwe, że dzięki uczciwej i ofiarnej pracy udało mu się szczęśliwie uniknąć aresztowania, mimo wielokrotnych wezwań przez UB na przesłuchania. Ojciec był bardzo religijny. Po przejściu na emeryturę przez następne 20 lat był głównym kościelnym parafii Gdańsk-Morena. Przyczynił się do wybudowania tam nowego i wielkiego budynku kościoła. Poza tym prowadził nawet nabożeństwa, np. sam intonował Godzinki do Najświętszej Marii Panny.

E.O.: A zatem, atmosfera rodzinna przyczyniła się do powołania kapłańskiego?

P.J.: Tak. Rodzice modlili się i dawali tym przykład nam dzieciom. Ponadto wychowywani byliśmy przez zakonników – jezuitów, w parafii św. Andrzeja Boboli  we Wrzeszczu. Miesiąc temu, gdy byłem w Gdańsku  na cmentarzu, aby poświęcić nowy grób moich rodziców, ponieważ mama zmarła 31 grudnia 2006 roku, odwiedziłem także groby moich wychowawców religijnych. Wówczas stanęły mi przed oczami ich postacie, np. o. Eugeniusza Chodaczka – niestrudzonego katachety. Pomyślałem sobie wtedy, jak wiele im zawdzięczam. Bez odpowiedniego wychowania religijnego w domu i w kościele (w tamtych czasach niemożliwa była katechetyzacja w szkole) trudno mówić o rozwoju i dojrzewaniu powołania. Bowiem Bóg daje łaskę powołania, ale teologia naucza, że „łaska zakłada naturę i na niej buduje” (lac. gratia supponit naturam). Dodam, że w szkole średniej miałem wyjątkową nauczycielkę, wychowawczynię klasy, panią Joannę Szczygłów. Do dziś utrzymuję z nią serdeczny kontakt. Otóż pani Szczygłów, jak sama wyznała po latach, starała się wychować nas do somodzielnego myślenia a nie opierania się na tym, co słyszymy w radio lub czytamy w gazetach codziennych, co stanowi „oficjalnie uznaną i udowodnioną prawdę”. W takiej atmosferze wzrastali w Gdańsku przyszli twórcy i działacze Solidarności oraz pisarze opisujący jej fenomen, wśród których szczególnie polecam Pawła Huelle. Z kolei miałem kilku nauczycieli, zaciekłych ateistów, którzy paradoksalnie przyczynili się do wzbudzenia moich zainteresowań problemem relacji „Bóg – człowiek”, co stanowi teologiczną dziedzinę „duchowości”. Do dziś ta dziedzina nie przestaje mnie fascynować. Nawiązuję do niej tu w Japonii podczas wykładów i pogadanek. Kwestia „Boga i człowieka” jest uniwersalna. Dotyczy nie tylko Polaków i pojęć uformowanych w naszej kulturze, ale także Japończyków oraz ich kultury i religii.

E. O.: Powołanie często inicjują przeżycia religijne...

P.J.: Pierwszego i chyba decydującego przeżycia religijnego doświadczyłem w wieku 6-7 lat. Pamiętam, że podczas pewnej niedzielnej mszy św. śpiewano jakąś pieśń chwalącą Boga. Nagle doznałem olśnienia. Symboliczne, cztery „żyjące postacie” z Biblii, wymalowane na dekoracyjnym stropie nawy głównej i nad ołtarzem jakby na moment ożyły. Te postacie to lew, cielec, „jakby człowiek” i orzeł (Ezechiel 1.10 i Apokalipsa 7.7n.), według interpretacji ojców Kościoła wyrażają one odrębne właściwości czterech Ewangelii. Wtedy nie potrafiłem tego przeżycia zrozumieć. Teraz, jako teolog mogę stwierdzić, że odczułem całym swoim istnieniem obecność i promieniowanie Chwały Bożej, czyli Boga obecnego w całym Kosmosie (Izajasz 6,3), a szczególnie w modlącym się Kościele. Później okazało się, źe została mi pokazana pewna droga, którą można nazwać „powołaniem” do kapłaństwa i do Zakonu Dominikanów.

E. O.: Czym podyktowany był wybór właśnie Zakonu Dominikanów?

P.J.: Dominikanie w Gdańsku opiekują się zlokalizowanym w centrum miasta przepięknym kościołem św. Mikołaja, który cudem uniknął losu zburzonych w roku 1945 innych świątyń. Z tym cudownym ocaleniem wiąże się następująca anegdota. Ówczesny przeor pochodzący z  Kresów przemówił w pięknym, literckim języku rosyjskim do krasnoarmiejców, którzy ustawili już czołgi, aby zburzyć kościól: „Wasz car Mikołaj cenił zabytki. A to jest XIII wieczny kościól św. Mikołaja. Chyba nie zburzycie tak wspaniałej i zabytkowej budowli.” I nie zburzyli. Wracając do mojej drogi życiowej, to uczestniczyłem w Gdańsku w Duszpasterstwie Akademickim zorganizowanym przez Dominikanów, chociaż nie byłem jeszcze studentem, lecz licealistą. Odbywały się tam interesujące wykłady, spływy kajakowe na Pomorzu Zachodnim, podczas których brałem udział w mszach św. i modlitwach na łonie Natury. Do skrystalizowania się mojego powołania przyczynily się również rozmowy z duszpasterzem o. Ludwikiem Wiśniewskim.

E.O.: Jakie okoliczności sprawiły, że Ojciec przybył jako misjonarz do Japonii?

P.J.:  Kiedy byłem klerykiem na studiach w Krakowie uczelnię odwiedziło dwóch dominikanów z Japonii – śp. O. Wincenty Oshida Shigeru, założyciel chrześcijańsko-buddyjskiego domu modlitwy soan w Takamori (Pref. Nagano) i ówczesny prowincjał, Kanadyjczyk, o. Artur Beulieu. Szukali ochotników na misje. Wówczas poczułem wewnętrzne zaproszenie, które można określić jako odkrycie w sobie powołania misyjnego. Było to jakby wewnętrzne przekonanie, że nawet gdybym miał tam, w Japonii np. jedynie czyścić schody klasztorne, bo nie nadawałbym się do innej pracy, to i tak mój wyjazd miałby sens. Obecnie, po 30 latach działalności tutaj okazuje się, że moja praca polega raczej na „czyszczeniu” w głowach ludzi pojęcia na temat Boga i sensu ich życia. Skłaniam się też w stronę „duchowego piękna”, które tu odkrywam na nowo. Pragnę, aby ludzie odkrywali piękno w Piśmie Świętym, o którym nauczam. Kiedyś Fiodor Dostojewski powiedział, że „ludzie będą zbawieni przez piękno”. Chwała Boża, o której chciałbym dawać świadectwo z racji mojego powołania jako kapłan, dominikanin i misjonarz, jest zapewne Pięknem Najwyższym. Pragnę właśnie o tym Pięknie nauczać Japończyków, a ostatnio Polaków, z racji polskiego duszpasterstwa.

E.O. Czy wybór Japonii okazał się całkowicie słuszny?

P.J.: Szczerze mówiąc, po pierwszych 10 latach życia w Japonii przeżyłem poważny kryzys. Pojawiły się wątpliwości, czy ja naprawdę nadaję się do pracy na parafii. Miałem nieco inne zainteresowania, chciałem lepiej poznać problem „duchowości”, w dodatku w kontekście współczesnej psychologii. Dlatego do końca życia będę wdzięczny ówczesnemu naszemu prowincjałowi, o. Louisowi Noletowi za to, że zgodził się na mój półtoraroczny urlop misyjny połączony ze studiami w Instytucie Duchowości (Institute of Spiritual Leadership) na Uniwersytecie Loyola w Chicago. Zaiste poznałem tam „nowy świat” i paradoksalnie po to, aby po ukończeniu studiów magisterskich... zatęsknić za Japonią. Dodam, że część księży, z którymi razem studiowałem i mieszkałem, m. in. z Irlandii, Filipin i Australii pozostało w USA. Jednak niektórzy z nich ożenili się i de facto odeszli od kapłaństwa. Kiedy więc w roku 1988 powróciłem do Japonii, otrzymałem od znanego mi wcześniej, o. T. Obłąka ciekawą propozycję dalszych studiów na tokijskim Uniwersytecie Sophia (Jōchi Daigaku) w Yotsuya. Z zapałem rozpocząłem nowe studia, które dotyczyły historii duchowości chrześcijańskiej. Dzięki nim poznałem systemy wartości oraz mechanizmy, które rządzą społeczeństwem japońskim, naturalnie mój kontakt ze społeczeństwem japońskim stał się bliższy. Moim promotorem był przyjaciel o. T. Obłąka, Niemiec, śp. o. Jan Vierhaus. Tu zacytuję powiedzenie o. T. Obłąka, że Niemcy dzielą się na „złych i dobrych”. Prof. O. Vierhaus nie tylko należał zdecydowanie do tej drugiej grupy ale uważam, że wprost promieniał świętością.

E.O.: Na czym polega obecna działalność misyjna Ojca w Japonii?

P.J.: Owocem moich kilkuletnich studiów na Uniwersytecie Sophia było podjęcie wykładów na Katolickim Uniwersytecie dla Kobiet (Shirayuri Joshi Daigaku), w tokijskiej dzielnicy Chōfu. Dotyczą one dwóch programów: pierwszy to „Pismo Święte i Modlitwa” a drugi – „Troska nad własnym sercem” (kokoro-no kēa).

E.O.: Na czym polega program „Troska nad własnym sercem”?

P.J.: Dotyczy uniwersalnie Człowieka. Prowadzę zajęcia w oparciu o moje doświadczenia i literaturę ze studiów w USA . Dużą pomoc stanowią też przemyślenia Viktora Frankla. Jego najbardziej znane dzieło „Psycholog w obozie koncentracyjnym” zyskało ostatnio nowe, lepsze tłumaczenie na j. japoński, pod zmienionym tytułem „Yoru-to kiri” (Noc i mgła). Większość Japończyków zna i ceni tę książkę. Moją rolą jest pokazać im szersze tło bohaterskiego psychologa w Oświęcimiu. Skąd czerpał aż takie siły? Okazuje się, że z... sensownego życia, które było oparte na wartościach biblijnych. Jego dziad był rabinem w Pradze. A judaizm naucza, że „Tora czyli Księga Prawa jest Królową wszystkich innych ksiąg.”, także psychologicznych. Toteż jeden z wykładów dotyczy z tej racji „ludzkiego serca według Pisma Św.” Otóż Frankl uczy w swojej „Logoterapii”, że „szczęście” jest pochodną sensownego życia”. A kogo nie interesuje sprawa własnego szczęścia oraz zdrowia duchowego i fizycznego? Wśród moich słuchaczy niekiedy pojawiają się nawet osoby chore na depresję. Tym tematem także się zajmuję. Istnieją również pewne odrębności, właściwe tylko młodym Japończykom. Ostatnio np. podczas jednych z ćwiczeń, których celem kontakt z własną duszą, zauważyłem, że rysowano symboliczne „fałszywe ja” za pomocą postaci przypominających styl komiksu „manga”. Byly to postacie w rodzaju Hikaru Genji. Co to oznacza? Ogólniejsza obserwacja wskazuje, że moi słuchacze lubią rysować. Ponadto rysując stają się inni, bardziej na luzie, ludzcy. Odblokowuje się jakby druga strona ich duszy.

E.O. Czy ma to związek ze społeczeństwem japońskim?

P.J.: Odrzucam z góry stereotyp „Japończyk-automat”. Uważam, że na to pytanie każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Do tego też przygotowuję moich słuchaczy.

E.O.: Na czym jeszcze polega działalność misyjna Ojca?

P.J.: Ponadto, prowadzę na bieżąco cztery grupy studiujące Pismo Święte w Katolickim Cenrum Duchowości (Shinsei Kaikan) w tokijskim Shinanomachi. Staram się łączyć teorię z praktyką. Opiekuję się pięcioma grupami modlitewnymi. Służę też posługą kapłańską w dominikańskim kościele w Shibuya, siostrom w Hiroo i Yoga oraz na mszach św. dla chorych na Uniwersytecie Sacred Heart (Seishin Daigaku) w Shibuya, które odbywają się w każdą drugą niedzielę miesiąca o godz. 14. Prowadzę również zajęcia w Prefekturze Fukushima, w  której spędziłem pierwsze lata w Japonii. W grupie studiującej duchowość chrześcijańską i dominikańską ostatnio przeanalizowaliśmy encyklikę Jana Pawła II „Różaniec Dziewicy Maryi”. Obecnie studiujemy dzielo sw. Louis Marie De Monfort „O doskonałym nabożeństwie do N.M.P.” Często odwiedzam także proboszcza parafii Iwaki (w Pref. Fukushima) o. Czesława Forysia i wiernych z tego kościoła. Po śmierci o. T. Obłąka w 2006 roku przejąłem obowiązki duszpasterstwa Polonii tokijskiej.

E.O.: Powspominajmy może o. Tadeusza Obłąka. W jaki posób poznaliście się?

P.J.: O. Tadeusza spotkałem pierwszy raz niedługo po przyjeździe do Japonii. Jeździliśmy do niego regularnie z o. Julianem, m. in. po to, aby korzystać z sakramentu spowiedzi oraz porozmawiać o bieżąceych sprawach. Pierwsze wspomnienie kojarzy mi się też z ... obiadami i kolacjami w restauracji, która do dziś istnieje koło stacji Yotsuya. Słynie ona z tonkatsu, zbliżonego do polskiego schabowego. Po odwiedzinach, o. Tadeusz zapraszał mnie i o. Juliana na tego schabowego i następnie kupował każdemu z nas bilet powrotny.

E.O.: Jak doszło do zorganizowania duszpasterstwa polonijnego w Tokio?

P.J.: Początki posługi duszpasterskiej dla Polonii w Tokio sięgają jesieni 1977 roku. W grę wchodziła delikatna sprawa kontaktów z ówczesną Ambasadą PRL. O. Obłąk przedstawił tam mnie i o. Juliana. Był to reżim komunistyczny, ponieważ przez jakiś czas przychodził do nas chyba pracownik UB i wykonywał swoje zadania, Jednakże mieliśmy do czynienia z rodakami, którzy okazywali duży szacunek polskim misjonarzom i misjonarkom. Podczas stanu wojennego niektórzy z rodaków korzystali z pomocy Kościoła. Słyszałem, że załoga polskiego statku zeszła na ląd i poprosiła o azyl w Japonii. Przed wyjazdem do krajów zachodnich, marynarze spędzili początkowy okres właśnie w jednym z tokijskich klasztorów. O. Tadeusz na pewno odgrywał w tego rodzaju sprawach niemałą rolę z racji swoich możliwości, ponieważ był dobrze znany w kręgach japońskiego Kościoła. To właśnie u nas, w kościele dominikańskim w Shibuya msze św. i spotkania dla Polonii zainicjował o. Julian Różycki, który obecnie jest we Wrocławiu. Później kontynuował je o. Czesław Foryś. Kiedy jednak wszyscy trzej znaleźliśmy się w Fukushima, wówczas prowadzenie polonijnych mszy św. przejął o. T. Obłąk i prowadził je aż do 2006 roku. Po powrocie ze studiów w USA wielokrotnie pomagałem o. Obłąkowi w posłudze dla Polonii.

E. O.  Jaki był o. Tadeusz Obłąk?

P.J.: Pragnął służyć pomocą każdemu Polakowi, który go o to poprosił. Słyszałem o pewnym nieszczęśniku, dla którego załatwił nawet tymczasowo lokum w klasztorze Maryknoll niedaleko od Uniwersytetu Sophia. Niestety ów człowiek – jak się okazało poważnie chory psychicznie – po kilku dniach popełnił samobójstwo skacząc z wysokiego budynku. Naturalnie jako kanoniście bardzo mu zależało także na uregulowaniu statusu prawnego małżeństwa polsko-japońskich. Posiadał bowiem specjalne uprawnienia od biskupa, ponieważ pracował w Sądzie Diecezjalnym. Pamiętamy przecież wszyscy, jak często poruszał tę sprawę podczas ogłoszeń w czasie mszy św. polonijnych. Ponadto jestem wdzięczny o. Tadeuszowi za to, że starał się „windować” Polaków w społeczeństwie japońskim, tzn. pragnął, aby mogli tu się odpowiednio znaleźć i owocnie pracować. Najlepiej znam nasze sprawy – polskich dominikanów w Japonii. Właściwie każdemu z nas doradzał dalsze studiowanie na Uniwersytecie Sophia. Z tych jego rad i pomocy, oprócz mnie skorzystał jeszcze o. Tomasz Pawełec. Po ukończeniu studiów tokijskich obecznie wykłada w Sakura No Seibo Tanki Daigaku (Uniwersytet dla Kobiet „Matki Bożej Kwiatu Wiśni”) w Fukushima, w tym samym mieście jest również proboszczem parafii Noda.

E.O.: Po śmierci o. Tadeusza Obłąka został Ojciec duszpasterzem Polonii tokijskiej,

P.J.: Postawa służby wobec Polaków zamieszkałych w Japonii, którą przyjął o. Obłąk, inspiruje mnie do kontynuowania mszy św. w j. polskim oraz kontaktów duszpasterskich z Polakami i ich rodzinami. Dodam, że z powodu mojej posługi chorym msze św. polonijne odbywają się obecnie w pierwszą niedzielę miesiąca. Ponadto sprawę uregulowania prawnego małżeństw polsko-japońskich kieruję do japońskiego księdza-prawnika w kościele św. Ignacego, zgodnie z instrukcją, jaką otrzymałem od arcybiskupa tokijskiego, któremu podlegam.

E.O. Zmieńmy temat i porozmawiajmy o związkach Ojca z „Gazetą Polską w Japonii” i innymi mass mediami.

P.J.: Parę dobrych lat temu do wspólpracy najpierw z „Gazetą Klubu Polskiego w Japonii” a obecnie z „Gazetą Polską” zaprosiły mnie panie Małgorzata Suzuki i Dorota Hałasa. Zamieszczam naogół moje artykuły lub informacje, które regularnie wysyłam co tydzień od około 5 lat do Katolickiej Agencji Informacyjnej (KAI) w Warszawie. Publikowane przeze mnie informacje dotyczą Kościoła i społeczeństwa japońskiego oraz innych krajow  azjatyckich, m. in. Korei, Chin, Wietnamu, Kambodży itp. Ponadto, mój przyjaciel z Zurychu, Andrzej Jankowski, mąż słynnej wiolinistki Asa Konishi, który bardzo interesuje się opisywanymi przeze mnie sprawami, zdecydował się na umieszczanie moich artykułów na swojej stronie internetowej AKA, http://www.asakonishi.com/aka

E.O.: Skąd tytuł rubryki w „Gazecie Polskiej”: „Chryzantema i Krzyż”?

P.J.: Przed kilkoma laty miałem miałem okazję uczestniczyć w Częstochowie w spotkaniu przedstawicieli grup modlitewnych i ruchów katolickich z całej Europy. W wielu przemówieniach i modlitwach pojawiało się wezwanie do „budowania mostów”. Wtedy w ciszy serca pomyślałem, że może i ja jestem powołany do tego, aby budować mosty. Uświadomiłem sobie dwa rodzaje mostów. Jeden dotyczy dwóch odległych krajów i kultur, z którymi jestem związany, a więc Polski i Japonii. Dlatego zacząłem wtedy wysyłać korespondencje do KAI. Drugi rodzaj mostu to połączenie religii chrześcijańskiej, którą symbolizuje Krzyż, z unikalną, sięgającą starożytności kulturą i religią Japonii, którą symbolizuje Chryzantema. A zatem „Krzyż i Chryzantema” to dwa odrębne, lecz niekiedy podobne systemy wartości i spojrzenia na Boga, Człowieka, Naturę... Bycie na styku dwóch światów może być pasjonujące. Rozwija i chroni mnie to przed popadaniem w kościelną rutynę, działaniem według starych szablonów i uleganiem nawykom. Dzięki Bogu nie odczuwam w Japonii monotonii, nudy i braku wydarzeń.

E.O.: Na zakończenie proszę o parę słów refleksji świątecznych  od duszpasterza Polaków w Japonii do Polonii.

P.J.: Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Dla wielu z nas zwłaszcza na początku pobytu w Japonii szokiem może być to, że Święta przesadne skomercjalizowane przechodzą tutaj jakby „bez duszy”. Biblia jednak naucza, że „cała ziemia pełna jest Jego chwały” (Izajasz 6;3), także ziemia japońska. Życzę zatem wszystkim, abyśmy odkryli tę Chwałę Bożą zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia, aby i w Japonii Święta te stawały się wyjątkową okazją do wzmocnienia rodzinnego ciepla. Zapraszam też wszystkich rodaków na mszę św. 25 grudnia i spotkanie polonijne przy opłatku.

E.O.: Dziękuję za rozmowę.

wersja do druku